Komentarze są wyłączone dla tego posta

Alegoria oswojona

Alegoria jako narzędzie facylitacyjne mi jakoś nie pasowała. Za bardzo „odleciana”, za dużo niepewności (i dla mnie, i dla grupy) co do sposobu wykonania, za daleko od mojego podejścia do biznesu. Liczne zachęty mojej facylitacyjnej Nauczycielki i Mentorki, Joli Marszewskiej, nie pomagały. Broniłam się na wszelkie możliwe sposoby. Nawet pracując pod Jej okiem – jako członek zespołu facylitatorów wspomagających w czasie szkoleń – starałam się trzymać możliwie z dala od tego narzędzia i pracować z innymi. Jasne, robiłam (z rozsądku) jakieś „podejścia” i próby oswajania Alegorii, ale bez powodzenia.


Aż pewnego razu…

…podjęłam się pracy ze skonfliktowanym zespołem. Z punku widzenia Klienta sesja facylitacyjna (moja rekomendacja) była rodzajem ostatniej szansy dla części pracowników tego zespołu. Albo „coś” się zadzieje i się dogadają albo trzeba będzie zwolnić osoby, których zachowania są zarzewiem konfliktu.

Alegoria jako podstawowa technika pracy przyszła mi do głowy od razu. Muszę (z facylitatorską skruchą;-) przyznać, że nawet próbowałam trochę walczyć z tym pomysłem. Bo przecież nie lubię / nie czuję Alegorii. Ale tym razem i profesjonalizm, i rozsądek, i serce się upierały więc zaryzykowałam.

BANG!

W trakcie sesji ułatwieniem był fakt, że grupa fajnie pracowała i wszystko wskazywało na to, że jej członkowie chcą się porozumieć. Alegoria weszła tu „jak w masło” (tak, to „masło” to taka metafora działania metafory;-) i właściwie „rozbiła bank”. Od razu było widać, że wszyscy członkowie grupy są niezadowoleni z konfliktowej sytuacji, w jakiej się znaleźli. Celowo wyeksponowałam kolumnę z metaforami opisującymi tę sytuację. Żeby nikomu nie umknął dyskomfort jaki się z tym wiąże.

Kolejne etapy ćwiczenia dały nam błyskawiczne efekty. Propozycje działań jakie pojawiły się na końcu były sensowne, wykonalne, adekwatne do sytuacji. Pozostało nam tylko zaplanować je w szczegółach.

Strzał w 9,5

Pod koniec sesji spytałam uczestników na ile – na skali 1-10 – są gotowi przestrzegać wypracowanych zasad. Tym razem, chcąc dać uczestnikom większe poczucie komfortu i zapewnić ich otwartość, zrobiłam „tajne głosowanie” i sama zebrałam karteczki oraz umieściłam je na flipcharcie. Odpowiedzi nawet mnie zaskoczyły – same dziewiątki i dziesiątki!

Długoterminowo…

Zatelefonowałam do szefowej działu, z którym pracowałam, po ok. 3 miesiącach. Jej pierwsze słowa: „Agnieszka, uratowałaś nas!”. Okazuje się, że pracują w tym samym składzie, przestrzegają zasad, wspierają się wzajemnie. I uważają, że to sesja facylitacyjna była przełomem.

O co mi chodziło?

Zastanawiam się o co mi chodziło z tym oporem przed Alegorią. Odkryłam jedną rzecz – „zafiksowałam” się na określeniu Tony Mann’a z książki (Dzień w ZOO), które wg mnie zawęża możliwości dobierania metafory. Przeszkadzały mi te zwierzaki w głowie;-) Poza tym kilkakrotnie przetestowałam inne narzędzie przydatne w podobnych sytuacjach (SCA) i od początku dobrze się z nim czułam.

Pewnie każdy z nas ma swoje ulubione narzędzia i techniki pracy. Według mnie – jeśli dają pożądany efekt – to jest jak najbardziej ok. Jednak odrobina otwartości, możliwość omówienia pomysłu z kolegą / koleżanką po fachu (ja oczywiście korzystałam ze wsparcia Joli Marszewskiej) i staranne przygotowanie (do ostatniej chwili byłam przygotowana na NIE skorzystanie z Alegorii;-))) zrobiły swoje.

Czego i Wam Szanowni Facylitatorzy życzę!

Agnieszka M. Staroń
autorka bloga Przyjazny Coaching 
oraz właścicielka firmy MAGA Consulting

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.